|
Beskidy 2009 - Na górskim szlaku
Od kiedy pamiętam góry zawsze mnie fascynowały. Dziecięce wspomnienia wakacyjne przywołują wizje Tatrzańskich szlaków przemierzanych wspólnie z ojcem. Niezależnie od pory roku górskie szczyty cieszą przepięknymi widokami a kaprysy pogody potrafią dostarczyć naprawdę mocnych wrażeń podczas długich wędrówek. Po długiej przerwie jakby zaczął odzywać się zew natury. Dopingowany przez miłość Chmiela do Bieszczad, ponownie zacząłem odczuwać nieodpartą chęć obcowania z górskimi szczytami.
Tym razem wszystko miało się odbyć nieco inaczej. Właściwie kompletnie nie znałem rejonów, w które mieliśmy się udać na kolejną wyprawę organizowaną przez Janusza i Krysię. Beskidy były dla mnie terenem jaszcze nie odkrytym i nie miałem najmniejszego pojęcia, czego możemy się spodziewać. Dreszcz emocji podkręcał dodatkowo fakt, że tym razem jesteśmy uzależnieni od naszych maszyn, na których to spoczęły trudy pokonania górskich szlaków. Na wąskich i stromych podjazdach rzadko jest możliwość odwrotu. Tu trzeba iść do przodu, więc wszystko musi działać jak w szwajcarskim zegarku. Jak na ironię losu pogoda była dość kapryśna i często przypominała, że gór nie zdobywa się tak porostu.
Naszą bazą wypadową był Gościniec Salmopolski w Szczyrku. Mieliśmy szczęście, bo naszym przewodnikiem był sam prezes Gościńca – Marek. Ten facet to prawdziwy twardziel, który góry zna jak własną kieszeń. Na jego podwórku stoją dumnie zaparkowane dwa Patrole 160 obute w Simexy. Nie są to jednak auta, które tak jak nam służą do sprawiania przyjemności. Nasz gospodarz wykorzystuje je do ciężkiej pracy, więc codzienna jazda w górskim terenie jest dla nich szarą codziennością. Dobrze wiedzieć, że Marek naprawdę wie jak wygląda jazda autem 4x4 po górach, jego doświadczenie okaże się bardzo pomocne.
Ne tracąc zbytnio czasu na zbędny odpoczynek, praktycznie natychmiast w dwa auta ruszyliśmy na pierwszy szlak ‘Januszewska’. Z Markiem na siedzeniu pilota oraz Krysią i Januszem w tylnym lusterku, miałem pierwszy raz odkryć jak wygląda off-road w typowo górskim wykonaniu. Już pierwszy podjazd wprawił nas Sylwią w niezłe osłupienie. Stale padające ostatnio deszcze wymyły drogi odsłaniając ogromną ilość zalegających na nich kamieni. Dosyć duże nachylenia podjazdów wymagały traktowania naszego Patrola wysokimi obrotami, natomiast zalegające kamienie skutecznie zrywały przyczepność wyrzucając pojazd do góry. Bardzo mozolnie pokonywaliśmy wszystkie podejścia w podskokach, a auto odzyskiwało przyczepność tylko po to by za chwilę ją stracić.
Już pierwsze metry trasy pokazały, że jazda w górach to nie przelewki. Pomimo, że nigdy wcześniej nie mieliśmy tego problemu, temperatura silnika strasznie szybko zaczęła osiągać granicę bezpiecznej wartości. Do jazdy po stromych podjazdach z niewielką prędkością układ chłodzenia powinien byś w stanie perfekcyjnym. Przez cały wyjazd dość często musieliśmy znosić ogrzewanie i dmuchawę w pozycji na full. Pozwoliło to, choć troszkę odebrać nadmiar temperatury z silnika, a ja i Sylwia pocieszaliśmy się myślą, że gdzieś tam, ktoś właśnie płaci za saunę słone pieniądze. My „rozkoszowaliśmy” się za free!
Po godzinie mozolnej jazdy, dobić mnie postanowiła czerwona kontrolka hamulca, która akurat teraz zapragnęła udowodnić, że też potrafi świecić. Dopiero po oględzinach w bazie okazało się, że kamienie uszkodziły dwa przewody hamulcowe biegnące do zacisków. Na szczęście udało się zatrzymać resztkę płynu w zbiorniczku używając dostępnych w aucie narzędzi. Strata hamulca tam na trasie byłaby wyjątkowym testem umiejętności i nerwów załogi. Całe szczęście, że nie musieliśmy ich sprawdzać.
Na tym wyjeździe Jacek zdecydował się zabrać, swoją żonę Asię i dwójkę wspaniałych wygadanych bliźniaków. Asia dość nieufnie podchodziła do naszych wyjazdów, ale mam nadzieję, że uda się przekonać do następnych wyprawy ekipy. Sam fakt, że zdecydowali się pokonać tyle kilometrów by spotkać się z nami napawa nadzieją na przyszłość. Mam nadzieję ze nasz zaprawiony w boju zespół Timików skutecznie będzie ich w tym dopingował, bo okazali się zespołem naprawdę godnym zaufania. Coś jest magnetyzującego w tej formie spędzania wolnego czasu. Ludzie gotowi są na poświęcenia i wyrzeczenia kosztując wyjątkowego smaku rywalizacji ze szlakiem. Mam nadzieję, że „Młody” z rodziną będzie nam już towarzyszył na stałe.
Ostatniego dnia znalazł się czas na trasę edukacyjno rekreacyjną. Odwiedziliśmy okoliczne atrakcje turystyczne a następnie ruszyliśmy w poszukiwaniu małych wiosek by zobaczyć jak tak naprawdę toczy się życie za kulisami naszych pięknych gór. Na posiłek zatrzymaliśmy się w Koniakowie. Nie obyło się bez zakupu słynnych dzianin dla naszych pilotów ;) Przy suto zastawionym stole zastanawialiśmy się nad dalszym ciągiem trasy. Dzień zbliżał się ku końcowi, ale w grupie wyczuć można było wyraźny niedosyt wrażeń. Przeglądając mapę przypadkowo odkryłem drużkę gruntową, która rokowała na bardzo sympatyczne zakończenie luźnego dnia dzisiejszego. Po uporaniu się z ponadwymiarowymi porcjami strawy, wybraliśmy się na poszukiwanie naszej końcowej ścieżki.
Jak się miało za chwilę okazać nie miało być to takie proste. Kilka razy musieliśmy nawracać kolumnę aut w tę i powrotem gdyż za nic nie mogłem znaleźć zjazdu na szuter. Dzięki pomocy mieszkańca pobliskiego domu okazało się, że droga dawno została zaorana. Po krótkich negocjacjach pozwolono nam przejechać po łące i stromym podjazdem ruszyliśmy dalej. Po przebyciu kilkuset metrów z pola wyjechaliśmy na prywatne zabudowania. Przywitała nas pani z aparatem fotograficznym. Po bardzo miłej rozmowie nad mapą odgarniętych zostało kilka maszyn rolniczych a gospodarze z uśmiechem zaprosili nas do dalszej podróży przez środek własnego podwórka.
Drogę udało nam się odnaleźć tylko dla tego, że woda spływająca z okolicznych pagórków nie pozwalała na całkowite pochłonięcie jej przez roślinność. Po pokonaniu przy pomocy saperek i siekier sporego urwiska, zabraliśmy się za porządkowanie pierwszego podjazdu. Ponieważ podłoże było sypkie a podjazd stromy nie można było sobie pozwolić na spotkanie z kłodą lub głazem naniesionymi przez strumień. Przez następne 1,5 godziny załogi z 5 aut uwijały się żeby usunąć z trasy wszystkie przeszkody. Po dotarciu na szczyt ruszyliśmy dalej, co chwila spotykając różne przeszkody. Takim wycieczkom w nieznane towarzyszy specyficzny dreszczyk emocji. Kiedy już zaczęło się ściemniać postanowiłem naddać trochę tempa. Chwila nieuwagi i omal nie skończyliśmy wycieczki lecąc na bok i turlając się z górki. Całe szczęście udało się wybrnąć z niebezpiecznej sytuacji. Do bazy dotarliśmy późną nocą. Byliśmy wykończeni, ale radość i satysfakcja to uczucia nie do opisania.
Dla wszystkich, którzy mają ochotę odwiedzić Beskidy jako bazę wypadową serdecznie polecamy Gościniec Salmopolski u Ani i Marka. Bardzo miła i przytulna atmosfera, wspaniała kuchnia i przepiękne pokoiki. Szczególnie polecamy pstrąga źródlanego z własnej hodowli. Już dawno nie spotkałem miejsca o tak specyficznym klimacie. www.gosciniec-szczyrk.pl
Talib
Zapraszamy do obejrzenia Galerii!
|